poniedziałek, 10 września 2018

Antymuzyka


Siedzę u narzeczonej na kanapie i stukam w klawiaturę. To moja pasja, odpręża mnie, rozwija intelektualnie, pochłania bez reszty i przeważnie wychodzi z niej coś dobrego, niczym z kuchni Gordona Ramsay’a. W pewnym momencie ktoś (nie wiem kto, ale zaiste niecna to kreatura) włącza radio. Wtedy całe natchnienie znika, zostaje po nim jedynie gorycz rozczarowania i zaduma nad współczesnymi tworami dźwiękowymi, którym ktoś na siłę próbuje nadać miano muzyki.
Coraz częściej nowoczesny „artysta” bierze jakiś klasyk i robi go po swojemu, licząc na to, że popularność pierwowzoru i ludzka obojętność zagwarantuje pierwsze miejsce na liście przebojów. Załamuję ręce nad niedawnym coverem „(I just) Died in your arms”, które tak pięknie wykonywało Cutting Crew, a teraz w radiowo-techniawkowo-badziewnej wersji „śpiewa” niejaki zespół Komodo. W teledysku ładna, półnaga pani i jeszcze ładniejsze, bynajmniej nie nagie, auta. Znak naszych czasów, gdzie trendy wyznacza seria „Fast and Furious” wraz z dokładkami – ładne samochody i szybkie panienki (czy jakoś tak) to must be udanej, przeznaczonej dla gawiedzi i przede wszystkim kasowej produkcji.
Dzisiaj koncert zespołu złożonego z wokalisty, gitarzysty i perkusisty, którzy naprawdę wykonują swoje utwory na scenie, jest towarem niszowym, dla koneserów wręcz. Dziś standardem bowiem jest facet z laptopem przy konsoli otoczony głośnikami wielkości Tauron Areny i stadem roznegliżowanych cheerleaderek gibających się w rytm „muzyki”. Ewentualnie prześliczna gwiazdka kręcąca zadkiem, a jej sceniczny performance przypomina formułę amerykańskiego programu „Lips Sync Battle”. Gdzie się podziały tamte chłopaki z Iron Maiden… Zmuszeni przez produkcję do grania z playbacku zaczęli na scenie wymieniać się instrumentami podczas wykonywania „Wasted years”. Gdzie Kazik Staszewski z suszarką do włosów zamiast mikrofonu…
Odnoszę wrażenie, że ludzie po prostu zgnuśnieli przez lata. Teraz o nic nie trzeba walczyć, nikt nie musi się starać, na jedzenie nie trzeba polować. Wszystko podstawione pod nos, gotowe półprodukty średniego zadowolenia. Niby nic ambitnego, ale na razie wystarczy, grunt, żeby przyszło łatwo, tanio i bezproblemowo.
Przypomina mi się, jak chłopaki z Nauki o Gównie śpiewali, że punk nie umarł, i pewnie, kurczę mieli rację. Punk nie umarł, żyje, ma się dobrze, i, jak powiadają, pewnie leży gdzieś pijany.
To ludzie powoli umierają.  

poniedziałek, 6 listopada 2017

MON vs MON

Z nieskrywanym zaciekawieniem śledzę medialną gównoburzę zapoczątkowaną przez panią minister obrony narodowej Niemiec Ursulę von der Leyen. Sprawa idzie o to, iż pani minister w pewnym talk show miała powiedzieć: "Musimy wspierać ten zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce. Naszym zadaniem jest podtrzymywanie dyskursu, spieranie się z Polską i z Węgrami. Dlatego nie uważam, że powinniśmy iść do przodu w zbyt małych grupach, lecz musimy stale próbować pociągać za sobą całą Europę" oraz: "Trzeba być świadomym tego, jaki wysiłek musieli podjąć Bałtowie, aby żyć w wolności, by stać się członkiem Unii Europejskiej, by spełnić kryteria strefy euro; jak dużo osiągnęła Polska, która z Solidarnością odgrywała rolę prekursora. Chcę kruszyć kopię o to, byśmy zbyt szybko nie rezygnowali (z krajów w Europie Środkowo-Wschodniej)" (cyt. za http://niezalezna.pl/207667-skandaliczna-wypowiedz-niemieckiej-minister-obrony-jest-reakcja-ministra-macierewicza). Użyłem akurat tego źródła, ponieważ cytaty wydały mi się najbardziej wiarygodne, i "najmniej pokolorowane". Pewnie jestem w błędzie, ale...
Minister Obrony Narodowej Polski A. Macierewicz wezwał niemieckiego attache, by ten ustosunkował się do sytuacji, bo wyszedł kwas.
Attache odpowiedział, iż słowa zostały wyrwane z kontekstu, i padły w programie rozrywkowym, gdzie polityka zagraniczna Niemiec nie jest kreowana.
Nasze ministerstwo nie jest z owej odpowiedzi zadowolone. Mniej więcej tutaj drama znajduje swój kres na chwilę obecną.
Miałem dzisiaj wątpliwą przyjemność obejrzeć kawałek programu TVN24. Na początek czysto informacyjnie, minister powiedziała, MON żąda wyjaśnień, słowa wyrwane z kontekstu... Następnie należy zasięgnąć opinii eksperta z ław sejmowych. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pani reporter o opinię poprosiła pana z PO, Halicki miał na nazwisko. Kolejnym kosmicznym zaskoczeniem okazały się jego słowa, ponieważ zaczął chwalić MON, Macierewicza oraz PiS za twardą postawę i... żartowałem. Naturalnie pan Halicki twierdził, jakoby nie ma po co bić pianę, a ministrowie Waszczykowski i Macierewicz nie kryją radości, gdyż mogę po raz kolejny ruszyć na wojenkę z Niemcami, i walczyć nie wiadomo o co. Zamiast tego powinni zająć się sprawą zaginionych śmigłowców i tak dalej.
Jak powiedział mądry człowiek: "Z gówna bicza nie ukręcisz". Na tym poprzestanę.
Moje zdanie jest takie:
1. Minister Obrony Narodowej Niemiec nie powinna takich słów wypowiedzieć, bowiem będąc na świeczniku, musi mieć świadomość, że każdy jej ruch i każde słowo podlega weryfikacji. Chcąc pokusić się o takie lub podobne stwierdzenia, trzeba mieć giętki rozum i język, bo można chlapnąć jak kaczka na mokrym asfalcie, a kupa gotowa okazać się trudna do sprzątnięcia.
2. Nie do końca rozumiem, o co polski MON podnosi taki krzyk. Nie jestem też jednoznacznie pewien, co znaczy: "Zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce". Kiepski byłem w szkole z "Co autor miał na myśli". Osobiście uważam, iż pani minister ma trochę racji - dyskurs jest potrzebny, bowiem jeśli jedna strona będzie bezkrytycznie godzić się na cudze warunki, to ktoś będzie stratny.
3. Zakładam, iż nasz Minister Obrony Narodowej odczytał słowa swojej vice-versa jako atak na polski rząd. Ja takiego ataku w owych słowach nie widzę. Pani minister ma widocznie swoją własną wizję zjednoczonej Europy, która idąc ramię w ramię, brnie ku lepszej przyszłości. W jednej chwili chcą spierać się z nami i Węgrami, by nakłonić nasze narody do zmiany stanowisk, a w drugiej chwili będą głosować nad sankcjami dla nas. Paranoja, ale to temat na osobny post.
4. A. Macierewicz zachował się nieco paranoicznie. Wystarczyło spytać, co ma na myśli.
5. Tłumaczenie o wyrwaniu z kontekstu słów padających w talk show jest debilne i niegodne wysokiego państwowego urzędnika. Wystarczyło powiedzieć: "Pani minister nie miała na myśli ruchów antyrządowych, tylko (tu wstawić jakieś sensowne tłumaczenie pełne szacunku dla Polaków i poszanowania wzajemnych relacji). Równie dobrze A. Macierewicz mógłby powiedzieć u Kuby Wojewódzkiego, że Niemkom przyda się trochę seksu, nawet jeśli to gwałt, bo są tak brzydkie, że nikt ich nie chce ruszyć. Stąd hasła: "Refugess welcome". Zaś na oburzenie zachodnich sąsiadów odpowiedzielibyśmy: "Przejęzyczenie". (Brak odniesień do słów Owsiaka skierowanych do prof. Pawłowicz).
5. Niezależna.pl pisze o skandalicznych słowach niemieckiej pani minister. To jedno słowo "skandaliczne" każe mi obrać określony światopogląd i nim się posługiwać. Ale jako świadomy czytelnik - odmawiam.
6. naTemat pokusiło się o kilka słów tłumaczeń w imieniu MON Niemiec: "Chodziło o to, by Niemcy nie odpuszczali krajów Europy Środkowo-Wschodniej, prawdopodobnie ze względu na odmienny kurs polityczny po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach". Cieszymy się, że portal Lisa służy nam, ignorantom, radą i wsparciem merytorycznym. Bez nich nie jesteśmy w stanie rozkminić najprostszej rzeczy. (Cyt. za http://natemat.pl/221975,jest-reakcja-macierewicza-szef-mon-wzywa-attache-obrony-niemiec-ws-wypowiedzi-urssuli-von-der-leyen).
By chociaż cokolwiek zrozumieć, zaprezentuję moją ulubioną formę analizy czyli odwróconą sytuację. Przypuśćmy, że to Antoni Macierewicz powiedziałby: "Trzeba wspierać demokratyczne ruchy młodzieży myślące inaczej niż ich rządy" w odniesieniu do Federacji Niemieckiej. Co wtedy? Media rządowe: "Dobrze gada! Dać mu wódki!".
Media antyrządowe: "Macierewicza popierdoliło".
Gasimy światło.
Na koniec ciekawostka: z trudem dogrzebałem się do obiektywnych informacji, jeżeli można tak je nazwać. Pewności nie mam. Dlaczego? Otóż po wpisaniu w okienko wyszukiwarki słów: "Słowa niemieckiej minister obrony" pierwsze odnośniki wysyłały mnie kolejno na strony TVN24, warszawska.gazeta.pl, naTemat.pl i niezalezna.pl. Pierwsze trzy są antyrządowe i wiem, co w nich przeczytam. Ostatnie natomiast źródło jest antyopozycyjne, tudzież prorządowe, i też wiem, co przeczytam. Mnie zastanawia, co się stało z mediami? Czy w żadnym nie można normalnie dowiedzieć się, co miało miejsce na świecie? Czy każdy news musi w jakikolwiek sposób ukierunkowywać mnie politycznie? Gdzie jest granica między informacjami a propagandą?

piątek, 22 września 2017

Czy to jeszcze sport?

Ruszyła runda jesienna Ligi Mistrzów. Jak typowy sezonowiec zabieram się za oglądanie meczy, by mieć prawo potem wyśmiewać, krytykować i chwalić chłopaków, którzy będąc w moim wieku zamiast strzelać browarka strzelają bramki na Mistrzostwach Świata.
Znowu powraca ten sam problem, jaki mam zawsze, gdy oglądam mecze. Właściwie dwa problemy.
Pierwszy czysto szkolny - ręka w górze. "Panie sędzia, on dotknoł piłke renkom!", "Panie sędzia, spalony!", "Panie sędzia, jak babcię kocham, tu nie było gola/był gol!". Kurwa jego zawszona mać była. Pokażcie mi jeden przypadek w historii piłki nożnej, kiedy w meczu na wysokim szczeblu po podniesieniu ręki przez zawodnika, sędzia zmienił decyzję. Lub ją podjął. Jeden przypadek.
A ile bramek padło, bo obrońca lub bramkarz zamiast skupić się na swojej robocie sygnalizowali spalony/zagranie ręką/faul/jaki inny chuj?
Stąd płynnie przechodzimy do drugiej kwestii, mianowicie dyskusji z arbitrem. Pokażcie mi jeden przypadek w historii piłki nożnej, kiedy sędzia zmienił decyzję po tym, jak rzuciła się na niego banda wkurwionych piłkarzy? Bo nie było ręki. Bo nie było faulu. Bo panie sędzio - dlaczego czerwona kartka za drugą żółtą? A tamten mnie kopie i nie dostał. Co takiego ciekawego mają do powiedzenia sędziemu piłkarze, czego by nie wiedział? Że obrońca popycha? Że bramkarz dotknął piłkę ręką? Że z główki się nie liczy? O co chodzi?
I o ile piękniejszy byłby świat piłki nożnej, gdyby tego nie było? Karny? Jeżeli jest wątpliwość - powtórka wideo i święto. Nikt nie podchodzi, nikt się nie kłóci. Gdyby sędzia za każdą minimalną pretensję wlepiał żółtą kartkę, drużyny kończyłyby mecze, mając po trzech zawodników. I gdyby przepisy na to zezwalały.
Patologia.


Zamknij oczy

Tak właśnie sobie myślę o zmianie nazwy bloga z "Otwórz oczy" na "Zamknij oczy", gdyż coraz częściej mam ochotę pisać o tym, co mnie zwyczajnie wyprowadza z nerw, na co nie chcę patrzeć.
Dzisiejszy temat - Świeżaki. Za darmo. No więc stoję dziś w Biedronce (mam przez ulicę, nie dziwota, że tam chodzę) i patrzę na tablicę, która informuje, że za każde wydane 40 zł dostanę 1 punkt. Za 60 punktów natomiast dostanę Świeżaka za darmo! Super, nie? No nie do końca. Jako w miarę (czasami) trzeźwo myślący człowiek przeliczyłem wszystko dokładniej na złotówki. 60 punktów po 40 zeta każdy to jak w mordę strzelił 2400 złotych. Jeżeli kupię owoc lub warzyw, nie wiem w jakiej ilości, dostanę 1 punkt gratis do każdych czterech dych, co redukuje wymaganą kwotę do 1200 zł. Teraz niech każden jeden, kto Świeżaka wziął za darmolca, stanie na rynku w moim mieście i krzyknie; "Świeżaki są za darmo!". Najśmieszniejsze, że taka Biedronka, zagramaniczne przedsiębiorstwo pluszakami odziera ludzi nie tylko z pieniędzy, ale i z godności. Nie rozumiem tego szału. Za pięćdziesiąt zyla można mieć całkiem zapierdzistą zabawkę (tyle kosztuje darmowy Świeżak poza promocją). Nie wspomnę o zabawce za 1200 zł. Czemu więc zniżać się do poziomu walk w błocie za bezdurno po pluszaka? Bo szpan? Gdzie tu szpan? Gdyby rozdawali Świeżaki w Guccim lub Armanim - to byłby szpan. Gdyby breloczki-świeżaki dodawali do każdego Maserati lub Lamborghini - to szpan. Ale za wydane pieniądze w Biedronce? Na produkty codziennego użytku? Szpanować tym, że kupiłem żarcia na 1200 zł? Papier toaletowy i worki na śmieci? Co w tym nobilitującego?
Jedyny plus to taki, że być może wzrośnie sprzedaż owoców i warzyw. To by się ludziom zdecydowanie przydało. Mi zresztą też.

piątek, 23 czerwca 2017

Chyba jestem na to za głupi

Przyznaję - jestem tępy albo niedouczony, gdyż nie pojmuję tego, co się dzieje.
W tym poście chcę nawiązać po raz kolejny do kwestii migracji islamskiej z całkowitym pominięciem islamskiego terroryzmu, bowiem jak pokazuje przykład kierowcy, który wjechał vanem w muzułmanów, krzycząc, że chce zabić ich wszystkich, terroryzm nie jest domeną wyłącznie islamu. Śmiem twierdzić, że islamski terroryzm tak naprawdę szkodzi migrantom, więc powinien stać za nim ktoś przeciwny napływowi muzułmanów. Ale nie o tym, nie dzisiaj.
Chciałbym się skupić na kwestii dżungli uchodźczych, lobby proimigranckiego, przymusowych relokacji i tym podobnych.
Niedawno YouTube uruchomił akcję #MoreThanARefugee. Ok, spoko. YouTube wybrał kilka osób muzułmańskiego pochodzenia i przedstawia ich w dobrym świetle, że niby ta trójka reprezentuje dwa miliardy wyznawców Allaha, zarówno tych, co się wysadzają, jak i pozostałych. Spoko. Dwie rzeczy:
1. [Spoiler alert] Kto nie oglądał "Iron mana 3", niech zacznie czytać od punktu 2.
W tymże filmie organizacja terrorystyczna wynajmuje aktora, który terrorystę udaje, aby prawdziwe kierownictwo szajki mogło działać bez przeszkód, kompletnie poza podejrzeniami. Ja zatem nie kupuję tej akcji, podobnie jak setki tysięcy internautów.
2. Po co to? Dlaczego YouTube, rządy Zachodniej Europy, Soros i wielu innych tak usilnie zabiegają, by muzułmanie nadal panoszyli się po Starym Kontynencie? Tego nie rozumiem. Przecież w rządzie siedzą teoretycznie wykształceni, teoretycznie inteligentni ludzie niepozbawieni wzroku, którzy powinni skumać, że jeśli muzułmańscy imigranci w Szwecji utworzyli strefy no-go, jeśli przez dżunglę w Calais nie da się bezpiecznie przejechać do Wielkiej Brytanii, jeśli napływowa muzułmańska dzicz molestuje kobiety (wiele przykładów video w sieci), bije obywateli państw rodzimych za picie piwa w trakcie ramadanu itd. to coś to jest ewidentnie nie tak.
Mało tego, minister kultury Szwecji ma czelność wyjść i powiedzieć, że bojownikom ISIS należą się mieszkania, bo trauma. Głupia krowo, a co ze zgwałconymi Szwedkami?! Co im się należy?
Burmistrz Londynu mówi: "Zamachy są częścią życia w wielkim mieście". Burmistrz Tokio pewnie ma odmienne zdanie na ten temat.
Donald Tusk co tydzień łączy się w bulu i nadzieji z ofiarami "incydentów".
Macrone straszy sankcjami za nieprzyjmowanie uchodźców.
Czytam internet i mógłbym tak wymieniać bardzo długo. Zdumiewa mnie postawa zwolenników tego ruchu i - nie wiem - zaklinanie rzeczywistości? Nie wiem, jak to nazwać. Trzeba być ślepym albo głupim, żeby nie widzieć, co się dzieje.
W Stanach Trump się nie pierdoli - ma problem z nielegalnymi imigrantami, więc stawia mur, ba! żeby było śmieszniej: mur na siebie zarobi, bo obwieszą go panelami solarnymi. A my? Nie mówię o Polsce, tylko o krajach "starej Europy".
Rozsądek i logika podpowiada mi, że stoi za tym ktoś inny, niż rządy tych krajów. Może muzułmańska inwazja ma na celu rozpieprzenie Unii Europejskiej? Wówczas stałby za tym ktoś, komu zależy na jej osłabieniu. Rosja, Chiny, USA. Ktokolwiek to jest, idzie mu nieźle.
Bo jeżeli napływowi muzułmanie rozrabiają, nie asymilują się, gwałcą, rabują, mordują, a władza mówi, że nic się nie stało i powinniśmy im pomóc, bo uciekają przed wojną, to - jak już pisałem - coś tu jest mocno nie tak.

czwartek, 18 maja 2017

Noticed anything?

Trwa gównoburza na temat zdjęcia warszawskiego metra, które jest białe, czyste, nie ma imigrantów, żydów, murzynów, terrorystów, LGBT, no kuźwa, aryjskie metro. Pewien niespełniony austriacki malarz byłby dumny i pewnie ma sporo hype'u w piekle.
Gównoburza wybuchła, ponieważ zacietrzewione barany z jednej i drugiej strony, pieprzeni radykałowie musieli oczywiście otworzyć dzioba i gdakać na jego temat w sposób zgodny z narracją swojej strony. I tak prawacy krzyczą, że zajebiście, że miodzio, że czysto higienicznie i etnicznie, a lewacy, że to podpucha pod rasistowską dyskusję.
OMG.
Po pierwsze, trzeba się cieszyć, iż w danym wagonie metra jest czysto, schludnie, nie ma śmieci i bazgrołów na ścianie. Widno metro zadbane, służby porządkowe robią robotę i przyjemnie takim środkiem transportu podróżować.
Po drugie, to że nie ma tam mniejszości etnicznych, rasowych czy seksualnych nie jest ani dobre, ani złe. Właściwie to jest nijakie, bez podtekstu, bo na dobrą sprawę czarnoskóry student z wymiany może siedzieć w następnym wagonie, a Wietnamczyk, który prowadzi skromny sklepik od dwudziestu lat, w poprzednim.
Po trzecie, jakie ma znaczenie kolor skóry, wyznanie czy orientacja seksualna? Czarny radykał może danej osobie wpierdolić równie dobrze, jak biały radykał. Nad czym tu się trząść?
Po czwarte, to że w bogatych krajach zachodniej Europy i Skandynawii jest dzicz, to zasługa tylko i wyłącznie władz tych państw, nie imigrantów. Dali im zasiłki, przymykają oko na ekscesy, ba! spraszają nawet kolejnych, bo tak trzeba. Ujmę to tak, gdyby imigrantom dać propozycję: "Przyjmiemy was, ale macie pracować, asymilować się i przestrzegać prawa, bo jak nie to won" sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Na marginesie, prześmieszne są dla mnie wypowiedzi Amerykanów na temat murzynów, że nic nie robią, nie chodzą do pracy, tylko gangi, rozboje i napaści. Cytując Freda z filmu "Chłopaki nie płaczą": "Wiesz, skąd się wzięli czarni w Stanach?". No właśnie, gdyby przodkowie naszych postępowych przyjaciół zza Oceanu nie nasprowadzali taniej siły roboczej, nie zniewolili jej i mieli z tyłu głowy, że dwadzieścia milionów luda to jednak potencjał, nie byłoby problemu. Murzyni nadal siedzieliby u siebie w Afryce i wiedli swój skromny żywot.
Wspomniane zdjęcie moim zdaniem przyniosło tylko taki skutek, że obnażyło braki w intelekcie i zdrowym rozsądku społeczeństw. Wystarczy fotka z nawet niekoniecznie bardzo sugestywnym podpisem, by ludzie rzucili się na noże i szli w zajoba.
Całe to nieśmiałe bąkanie o wojnie światowej, mimo że dotyczy perspektywy ogromnej tragedii, miałoby pewne oczyszczające działanie, katharsis ludzkości. Wówczas każdy człowiek, czy prawak, czy lewak, czy matoł, czy orzeł, biały, czarny, muzułmanin, żyd i katolik, gej i heteryk, wszyscy, którzy teraz tak wiele mają do powiedzenia, dowiedzieliby się, z kim tak naprawdę walczą i o co.

środa, 12 kwietnia 2017

Okazja czyni złodzieja

Wyobraźcie sobie sytuację, w której ktoś zostawia was sam na sam z grubym hajsem, dajmy na to walizką z milionem dolców. Taki tam filmowo-amerykański przykład. Jesteście w pokoju, półmrok, cisza, właściciel forsy poszedł się odlać. Nie ma kamer, świadków, okno zasłonięte żaluzjami przeciwwłamaniowymi. W środku leży dziesięć tysięcy banknotów z podobizną Benjamina Franklina. Nie są poukładane równo. Myślicie: "Zajebać ze dwa, może trzy pliki? Przecież i tak się nie zczai". I gotowe. Jesteście bogatsi o trzy tysiące baksów, a ktoś, kto ma ich setki milionów, niczego nie skuma.
Czemu o tym mówię? Bo jest spina co do Wiplera, że podpierdolił z Fundacji sto kawałków. Dlaczego to zrobił? Odpowiedź jest prosta, cytując adwokata z filmu "8 mm": "Bo mógł". Miał dostęp do hajsu, więc podciągnął.
Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, i nie ryzykuję zbyt wiele, że każdy, kto otarł się o politykę, robi szwindle. Tu łapówka, tu jakiś przetarg, tu lewa faktura, stąd mu skapnie, z biura poselskiego skapnie. Jak siedzi w radzie nadzorczej, to jakaś nagroda się znajdzie, to chuj, że firma ledwie zipie - podwyżki dla rady nadzorczej za to, że firma jeszcze do reszty nie zdechła, muszą być.
Misiewicz - człowiek w moich obywatelskich oczach skompromitowany i zhańbiony do reszty - odnalazł się jako pełnomocnik gdzieś tam kogoś tam do czegoś tam. Gówno zapewne robi, PKB nie powiększa, a bierze najprawdopodobniej więcej hajsów w miesiąc, niż ja w kwartał. Za co? I kto ma za to płacić? Państwo. Czyli my, podatnicy jebani w dupę przy każdej okazji. My, obywatele, Polacy, jesteśmy czymś poniżej dziwki, bo dziwka za upodlenie bierze kasę, a my jeszcze musimy płacić.