wtorek, 28 maja 2019

Status quo

O eurowyborach 2019 wszyscy powiedzieli i napisali chyba wszystko. Mimo to chciałbym się podzielić kilkoma uwagami, na które w Internecie nie trafiłem.
PiS wraz ze swoimi zwolennikami nie kryje radości. Wcale im się nie dziwię, mieli najwięcej procentów ogólnokrajowo, a dodatkowo uzyskali więcej procentów niż KE, co też pewnie uznają za sukces. Kaczyński po ogłoszeniu oficjalnych wyników rzuci pewnie kilka populizmów (może już rzucił, nie oglądam TVP) w stylu, że Polska nadal będzie dążyła do siły i rozwoju, nie pozwolimy tknąć naszych dzieci i całe szczęście, że wrogowie ojczyzny ponieśli porażkę. Zwyczajowe pitu-pitu.
KE też odtrąbi sukces. Przecież nie powiedzą: "Nawet zbierając całą opozycję do kupy, nie byliśmy w stanie pokonać PiS-u". 38% dla nich to istotnie sukces. Mnie jednak dziwi, że nadal 38% wyborców chce oddać na nich głos. Gorszej opozycji jeszcze, jak żyję, nie mieliśmy. Oni nie mają nic do zaoferowania oprócz haseł: "Jesteśmy kontrą dla PiS", co w sumie nic nam nie daje.
Prawdziwymi przegranymi wyborów nie są Kukiz z Korwinem, co potknęli się o próg. Przegrali Polacy. Nadal 80% głosuje za utrzymaniem status quo. Polacy nie wiedzą komu i dlaczego oddać głos. Nie znają programów, sensu, realiów.
Wyborcy PiS nie rozumieją, że za rozdawnictwo prędzej czy później wszyscy bekniemy. Sorry, nie wszyscy, Ci co nie pracują i delektują się socjalem będą mieli to w dupie, bo "państwo da".
Wyborcy KE nie rozumieją, że KE nie jest żadną alternatywą dla PiS-u.
80% głosujących nie rozumie, że obecnie układy są tak silne, że wyborami tego nie zmienimy. Mamy wpływ jedynie na to, kto w obecnej kadencji się nachapie.
Dlaczego tak jest? Otóż obywatele nie mają realnego wpływu na władzę. Dostajemy komunikat: "Wybierzcie spośród nas tych, którzy w waszym imieniu będą zarabiać kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie z waszych podatków". Co mogą obywatele ponad to? Nic. Posłowi nawet w mordę nie można dać. Szkoda, chciałbym mieć prawo wydzielić lepę na twarz gościowi, któremu głosując, powierzyłem losy ojczyzny, a który z tego drwił przez kilka lat.
A tak naprawdę powinniśmy mieć prawo odwołać posła, jeśli nie wypełni obietnic wyborczych lub jeśli stanie się podmiotem skandalu. Jeśli w jakikolwiek sposób uchybi godności parlamentarzysty i swoim obowiązkom - won. I to nie na inną parafię, ale całkowicie precz. Taki kontrakt wyborczy. Lista od elektoratu: "Masz zrobić to, to i to". Zrobi? Dobrze. Nie zrobi? Won. Krótka piłka.

wtorek, 14 maja 2019

Tylko nie pisz nikomu (spoiler_alert)

Tytuł zapewne jest sugestywny. Tak, wczoraj obejrzałem głośny film braci Sekielskich i nie da się przejść obok niego obojętnie. Moje zdanie na jego temat... Cóż, mówiłem świętej pamięci babci, że księża nie zawsze i nie wszyscy są w porządku. Że mają za uszami. Babcia zwykła odpowiadać, że to nieprawda, nagonka, a nawet jeśli ksiądz ma pieniądze, to "on się na to uczył". Babcia pewnie teraz z góry widzi, jak jest, a jeśli nie widzi lub nie rozumie, to na pewno ma kilku świętych obok siebie, żeby zapytać.
Szczerze powiedziawszy nie byłem do końca pewien, czy materiał jest autentyczny, czy nie jest ustawiony... Pierwsze spotkanie z oskarżanym księdzem było nienaturalne. Spodziewałem się odpowiedzi duchownego w rodzaju: "Nie wiem, o czym mówicie. Do widzenia". A tymczasem on się przyznał. Nie zgadzało mi się to trochę z tym, co widzimy dalej. Jednak widok autentycznego wyroku z pieczątką sądu okręgowego oraz notatka podpisana i opieczętowana przez kard. Nycza utwierdziły mnie w przekonaniu, że to jednak dokument, nie ustawka. Wybaczcie ignorancję, nie śledziłem kulisów powstawania filmu.
Wnioski? Parę. W większości smutne.
Na początek trzeba to napisać - problem pedofilii i molestowania w polskim Kościele istnieje. Są księża, i to znani, którzy dopuścili się karygodnych zachowań wobec małoletnich. Powinni za to ponieść karę, a wraz z nimi każdy przełożony, który wiedział, a nie zareagował.
   Dalej, martwią mnie reakcje na film.
   Zasadniczo będziemy mogli tu rozróżnić trzy podejścia:
1. "A nie mówiłem" - wszyscy Ci, którzy są przeciwni Kościołowi, a dokument zechcą wykorzystać do nagonki na księży. O ile problem zjawisk pedofilskich w KK rzeczywiście istnieje, o tyle powtarzanie, że cały Kościół jest do zaorania to grube nadużycie. Spójrzmy na statystyki. W filmie jest mowa o 335 zgłoszeniach w Kościele i 280 w zakonach. Księży jest w Polsce ok. 30 000, zakonników ok. 32 000. To daje odsetek 0,01% przypadków w Kościele i 0,008% w zakonach. To nie próba wybielania, tylko czysta statystyka. Jeden czyn pedofilski na stu księży. Choć to nadal o jeden za dużo. Podsumowując - jeśli jedna dziewczyna z wioski daje komu popadnie, to nie można całej wioski nazwać kurwińcem. Ale samą zainteresowaną można śmiało wywieźć na taczce gnoju.
2. "Ataki na Kościół" - do tej grupy należą Ci, którzy zapragną negować cały film. Tutaj pewnie znalazłaby się moja nieżyjąca babcia. "To nieprawda". Cóż, jak by to napisać... Ksiądz na żywo przyznaje się do molestowania dzieci. Czy to oznacza, że kłamie? Przecież księża nie kłamią. Wybaczcie, drogie mohery, sprawa się rypła i teraz trzeba coś z tym zrobić. Nie można dłużej powtarzać jak mantrę, że wszyscy księża to święci ludzie, a plotki o pedofilii to potwarz i kalumnie. Jeśli przeciwko księdzu są dowody, zeznania, nagrania, na litość boską!, wyrok Sądu Rzeczypospolitej Polskiej, to sorry, ale mleko się rozlało. Nawet Terlikowski tak twierdzi.
3. Obiektywni na miarę możliwości - ci, którzy nie zaliczają się do żadnej z powyższych. Nie biją brawa Sekielskim, ale też nie grożą im uszczerbkiem na zdrowiu. Chyba tutaj powinienem zaliczyć siebie. O wielu przypadkach nie wiemy, o wielu się nie dowiemy, ale do cholery, na te, o których mamy wiedzę (jak to napisał bp Suski "sprawa jest mi znana") powinno się reagować. Nie może tak być, że ksiądz, co do którego nie ma wątpliwości, że molestował dzieci, pozostaje bezkarny. Nie jest dopuszczalne, by taki osobnik sprawował rekolekcje!
   Media to obecnie jedno wielkie gnojowisko (tak jakby cokolwiek się zmieniło). Spełnił się mokry sen tych liberalnych, lewicowych i antyrządowych. W końcu mają czym przypierdolić w Kościół, który przecież sprzyja obecnej władzy. Wydźwięk ich serwisów pseudoinformacyjnych jest jeden - zaorać cały Kościół Katolicki razem z PiS-em. Smutne, że w ten sposób wykorzystuje się przecież tragedię młodych ludzi.
   Media rządowe z kolei dwoją się i troją, żeby w jakikolwiek sposób zredukować wzburzenie społeczeństwa i przedstawić temat w strawny sposób. Tutaj jest smutne to, że tragedia młodych ludzi jest kompletnie ignorowana. Kurski z TVP, jak niegdyś Cyrankiewicz, zdaje się "Wiadomościami" mówić do Polaków: "Kto podniesie rękę na Kościół, temu Kościół rękę odrąbie". Widziałem to na własne oczy. Zaraz przed tym, jak chwalili się nowym studio i wizualizacją Black Hawka, opowiadali o niszczeniu autorytetu Kościoła i bezpardonowych atakach w przeddzień kampanii wyborczej. No nie, księża na własną rękę naruszyli autorytet instytucji, którą reprezentują. Wraz z biskupami, którzy ich kryli. A kryli i są na to dowody.
   Pouczające były dla mnie słowa pani psycholog na temat różnicy między pedofilią, a czynem pedofilskim. Postaram się to wprowadzić do prywatnego wokabulariusza.
   Martwi mnie, że dokument zostanie wykorzystany do walki politycznej. Martwią mnie takie akcje http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,24781707,wiosna-wyswietla-tylko-nie-mow-nikomu-na-rezydencji-abp-glodzia.html Z jednej strony takie prowokacje uważam za niestosowne i nieprzystające godności człowieka. Z drugiej jednak abp Głódź, pisząc kolokwialnie, znalazł się medialnej dupie. Są dowody na to, że wiedział o przypadkach czynów pedofilskich, zostało mu to zgłoszone, a mimo to nie zareagował, mało tego, opisywał oskarżonego księdza w samych superlatywach. Tak, wiem, De mortuis aut bene, aut nihil (O zmarłych dobrze, albo wcale) a zmarłych sądzić nie można, ale niech abp Głódź zajmie stanowisko i odpowie na pytanie - dlaczego, wiedząc o procederze, nie zareagował? Im dłużej będzie milczał, tym gorzej dla niego.
   Z drugiej strony politycznej barykady napotkamy utyskiwanie, że dokument opublikowano przed wyborami do PE. Celowo, żeby obrzydzić wyborcom PiS. Cóż, jeśli PiS zjawisko pedofilii w Kościele w jakiś sposób odnosi do siebie, to mają poważny problem.
   Żeby było jasne - sprawców czynów pedofilskich w Kościele jebałbym prądem. Prawdę powiedziawszy jebałbym prądem wszystkich sprawców czynów pedofilskich niezależnie od przynależności do stanu duchowego. To zbrodnia zasługująca na szczególne potępienie i chociaż o więźniach można powiedzieć wiele złego, to przynajmniej w tej kwestii wiedzą, jak się zachować. Jebią, bynajmniej nie prądem.
   Potrzebny był ten film, żeby ktoś w końcu ruszył dupę i coś zrobił. Szkoda, że ludzie, którzy powinni stanowić przykład, nieść Dobrą Nowinę i inspirować potrafią się przyznać dopiero wtedy, jak ktoś złapie ich za rękę. A i to jeszcze przez jakiś czas się zapierają: "To nie moja ręka". Szkoda że hierarchowie, którzy po premierze "Kleru" krzyczeli jeden przez drugiego: "Skandal!", teraz nie mają nic do powiedzenia. Można unikać odpowiedzi na pytanie, ale milczenie to też odpowiedź.
   Na marginesie, nie podoba mi się, jak do księdza mówią per: "Pan". Mimo wszystko uważam to za brak kultury.
   Kończąc, najbardziej w tym wszystkim żal mi ofiar. Mam wrażenie, że wielu osób, wielu widzów "Tylko nie mów nikomu" kompletnie lekceważy sedno problemu, którym jest osobisty koszmar ludzi.  Większość z nas nigdy nie zrozumie, co to znaczy, gdy mając kilka, kilkanaście lat doświadczamy tak strasznych rzeczy. Częstokroć od ludzi, którym ufają, a którzy wykorzystują ich zaufanie dla własnej, obrzydliwej korzyści. Znikąd wsparcia, wstyd, rodzice nie wierzą. A tymczasem politycy, dziennikarze, celebryci będą się nawzajem przykrzykiwać. "Księża na księżyc", "To wszystko nieprawda", "A muzułmanie też gwałcą" itd. a nie o to w tym chodzi.
Oglądając dokument, powtarzałem sobie w duchu co chwilę: "Ależ miałem szczęście, że mnie to nie spotkało".
 

czwartek, 9 maja 2019

Co wolno

Im jestem starszy, tym mniej rozumiem. Dzisiaj szczególnie męczy mnie refleksja nad atakiem na Kościół katolicki i chrześcijaństwo w ogóle.
Przyczyną owej refleksji jest uporczywe umieszczanie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej z tęczową aureolą. Czy ktoś obeznany w temacie raczy mi wyjaśnić, co to ma na celu?
Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to manifestacja poparcia dla mniejszości seksualnych i chęć wywołania dyskursu na temat stanowiska Kościoła Katolickiego w tej sprawie. O ile sam cel jest szczytny (jak to zwykle u lewaków), o tyle forma protestu przywodzi mi na myśl taksówkarzy, którzy dążąc do osiągnięcia określonych reakcji, doprowadzają jednocześnie do szewskiej pasji tych, od których owej reakcji oczekują.
Zastanawia mnie także marginalizacja i pogarda względem Kościoła Katolickiego w świetle ostatnich wydarzeń. Kiedy w Christchurch morderca strzelał do muzułmanów, świat ze wszystkich stron wyrażał oburzenie, że to zamach nie tyle na ludzi, ile na religię, że powinno się zredukować dostęp do broni palnej itd. Tymczasem kiedy na Sri Lance w wybuchach zorganizowanych przez muzułmańskich (Państwo Islamskie wzięło odpowiedzialność) terrorystów zginęły 253 osoby, mówiło się o "Czcicielach Wielkanocy".
https://www.dailysignal.com/2019/04/23/why-obama-and-clinton-tweeted-about-easter-worshippers-not-christians/
Czemu nie o chrześcijanach? Czemu mam wrażenie, że świat walczy z chrześcijaństwem? Że Kościół można obrzucić najbardziej śmierdzącym g*wnem całkowicie bezkarnie?
Co mnie najbardziej denerwuje, to nierówność, niesprawiedliwość, a przysiągłbym, że litera "J" w skrócie "SJW" oznacza właśnie sprawiedliwość. Jaka nierówność? Otóż żadna religia, żadne wyznanie w połowie tak nie obrywa jak chrześcijaństwo, i choć nie uważam się za katolika ani chrześcijanina, działa mi to na nerwy. Prawdopodobnie nie zliczę wszystkich przypadków ataku na Kościół Katolicki czy chrześcijaństwo, więc odwołam się do tych, które zwyczajnie pamiętam.
Nie tak dawno przed Donaldem Tuskiem przemawiał niejaki Leszek Jażdżewski. Jego wystąpienie było szeroko komentowane i wywołało wiele kontrowersji. I to tyle. Spektakl "Klątwa", który ociera się o profanację, nadal jest wystawiany. Występująca w nim aktorka Julia Wyszyńska (w spektaklu wykonuje fellatio figurze św. Jana Pawła II) skarży się, że spotkała ją fala hejtu. Artysta (nie pomnę miana ocierał się genitaliami o figurę Chrystusa Ukrzyżowanego. Niejaki Nergal podarł publicznie Biblię w ramach "ekspresji artystycznej". O karykaturach z francuskiego "Charlie Hebdo" nie wspominam, bo pewnie zbrakłoby mi miejsca. O ile mi wiadomo, nikogo nie spotkała kara, pomimo licznych doniesień do prokuratury, mało tego, słyszę głosy nawołujące do usunięcia art. 196 z Kodeksu Karnego (obraza uczuć religijnych).
Co mamy po drugiej stronie? Karykatura Donalda Trumpa w jarmułce, który prowadzi podobnego do Benjamina Netanjahu psa z obrożą w kształcie Gwiazdy Dawida, zostaje usunięta z czasopisma, a jej miejsce zajmują przeprosiny. Za karykaturę Mahometa w "Charlie Hebdo" śmierć poniosło dwanaście osób. 23 kwietnia tego roku zdekapitowano trzydzieści siedem osób w Arabii Saudyjskiej, z czego jedna z nich miała szesnaście lat i odpowiadała za korzystanie z WhatsAppa. Inni skazani ponieśli śmierć za homoseksualizm, gdzie przyznanie wymuszono torturami (http://www.ronpaulinstitute.org/archives/featured-articles/2019/april/27/saudi-savagery-kingdom-beheads-16-year-old-for-sending-whatsapp-message/).
Nikt nie żartuje z Żydów czy islamu, bo każdy wie, jak takie żarty się kończą. Kary, przeprosiny, w skrajnych przypadkach śmierć. Czemu zatem tak wiele osób chętnie drwi z chrześcijan? Czemu tak mało mówi się o prześladowaniach chrześcijan? Nie tak dawno dżihadyści zabili sześć osób w kościele w Burkina Faso. Słyszeliście o tym? Podejrzewam, że nie. https://www.bbc.com/news/world-africa-48094789
Dziwi mnie, że przedstawiciele lewicy z jednej strony forsują postulaty mniejszości, krzycząc na cały głos "DE-MO-KRA-CJA!", a z drugiej strony lekceważą, lżą i poniżają najliczniejszą grupę wyznaniową w Polsce. Według danych GUS-u w Polsce prawie 88% osób wyznaje katolicyzm obrządku łacińskiego (dokument dostępny pod adresem https://stat.gov.pl/spisy-powszechne/nsp-2011/nsp-2011-wyniki/struktura-narodowo-etniczna-jezykowa-i-wyznaniowa-ludnosci-polski-nsp-2011,22,1.html, strona 92). Ja rozumiem, tolerancja, ale nie mylmy pojęć. Definicja słowa "tolerancja" zawarta w internetowym słowniku języka polskiego PWN podaje, iż jest to:
1. «poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych»
2. «zdolność żywego organizmu do znoszenia bez szkody dla niego niektórych bodźców chemicznych, fizycznych i biologicznych»
3. «liczba określająca dopuszczalne odchylenie danej wielkości technicznej od jej wartości nominalnej».
(Za: https://sjp.pwn.pl/slowniki/tolerancja.html).
Osobiście jednak bardziej przypadła mi ido gustu inna definicja:

Czemu zatem tak wiele osób czy to w mediach, czy na portalach społecznościowych, czy też w publikacja prześciga się w dokopywaniu chrześcijaństwu? Czemu nastolatki uważają nabijanie się z Papieża Polaka za cool? Czemu teraz widzę filtr na zdjęciach profilowych z tęczową aureolą Matki Boskiej Częstochowskiej?
Mam pewną teorię, ale to jedynie teoria. Kościół trzeba zniszczyć, albo przynajmniej osłabić, bo Kościół i wiara to więź. To coś, co łączy ludzi, wspólnota, a ludzie we wspólnocie są silniejsi niż osobno.
Co mi nie pasuje w tej teorii to brak walki z innymi wyznaniami. Jeśli już niszczyć wspólnoty, to wszystkie.
Na koniec kilka sekund kinematografii, fragment, do którego chętnie wracam w dyskusjach. Tak, to film, scenariusz, plus reżyseria, plus dźwięk, plus kilka innych czynników, jakkolwiek nawiązujących do rzeczywistości, tak nadal stanowiących fikcję. W upadającej przed Saladynem Jerozolimie próżno szukać kamerzysty czy nawet obywatelskiego dziennikarza ze smartfonem w łapie, by to nagrał. Ale to nadal symbol, komunikat, który ma wywoływać określone reakcje w umyśle, a jego percepcja winna prokurować wystąpienie pewnych skutków. Tak jak symbolami są tęcza, swastyka czy sierp i młot.
Zastanówmy się zatem w milczeniu, czy potrafimy żyć bez podziałów? Czy wyznanie drugiego człowieka tak bardzo kole nas w oczy? Czy nie możemy żyć w pokoju, koegzystować, tolerować się? Czy nie możemy wzorem Saladyna z powyższego fragmentu, szanować innych religii? Czy jedne religie są gorsze od innych? Gdzie tolerancja, o którą tak apeluje lewica? Gdzie równość?

piątek, 26 kwietnia 2019

Związek Nauczycieli Protestujących

Strajk nauczycieli gaśnie, z tego, co widzę w mediach. Kurz po bitwie, podobnie jak emocje, opada. Pora na wnioski.
Założenie w swym założeniu było przednie. Sytuacja nauczycieli istotnie jest tragiczna. Była tragiczna jeszcze w czasach, kiedy ja chodziłem do szkoły, czyli dziesięć lat temu, a teraz nie widzę podstaw, by miało się to zmienić, ani tym bardziej poprawić. W czym zatem tkwi problem? Dlaczego nauczycielom jest tak źle? Czemu po siedmiu - ośmiu godzinach lekcyjnych wyglądają tak, jakby chcieli jedynie odpalić papierosa, walnąć drina i wyskoczyć przez okno? Odpowiedzi może być kilka, ale mam swoją teorię.
W liceum, gdzie zdobywałem bezużyteczną wiedzę przez trzy lata, były dwie panie, które wyłamywały się ze schematu zmęczonego życiem i pracą pedagoga. Jedna uczyła angielskiego, druga matematyki. Z pierwszą nie miałem do czynienia, a szkoda. Druga zapadła mi w pamięć, jako najlepszy nauczyciel, jakiego spotkałem przez blisko dwadzieścia lat w polskich placówkach edukacyjnych.
Pierwsza pani wyglądała dość ostro (i nie mam tu na myśli kobiecych i stosunkowo młodych kształtów). Sporo zadawała do domu, kosiła bez litości, jeśli ktoś nie umiał, ale owocowało to stuprocentową zdawalnością na maturze. Druga była jeszcze ostrzejsza i nie chodzi bynajmniej o kształty. Kobieta miała swoje lata, ale potrafiła postawić na nogi całą szkołę. To jedyna osoba, dla której usadzenie na zadkach trzydziestu rozwydrzonych gówniarzy nie stanowiło żadnego wyzwania. Odnosiłem wrażenie, że gdyby sam Szatan trafił do niej na matmę, siedziałby grzecznie w ławce, mówił jej: "Pani profesor" i zawsze miał odrobione zadanie domowe.
Z czego to się bierze? Czemu te dwie panie umiały wcisnąć uczniom wiedzę, a innym to nie szło?
Kwestia podejścia. Na jednym ze szkoleń powiedziano mi, że skuteczność w przemawianiu do innych, to w połowie nastawienie i motywacja. Większość z nas słyszała monolog Adasia Miauczyńskiego z "Dnia Świra" po otrzymaniu wypłaty. I zgadzam się ze wszystkim, z każdym słowem, prócz wypłaty właśnie.
Nauczyciel to bardzo oczytany, wykształcony człowiek. Przeczytał wiele książek, posiadł ogrom wiedzy z danej dziedziny, mało tego, chce tę wiedzę przekazać. Przynajmniej po studiach. Potem trafia do szkoły i widzi, że nic nie jest takie, jak sobie wyobrażał. Nad dziećmi nie da się zapanować, nie można zastosować żadnych sankcji, by przychodzi potem mamusia z wielką mordą i krzyczy: "Dlaczego postawił pan mojemu synusiowi jedynkę?". Dawniej jak dzieciak narozrabiał w szkole, dostawał od nauczyciela wciry, a w domu poprawiali. Teraz sytuacja się odwróciła. Nauczyciel po pewnym czasie dochodzi do momentu, w którym traci wiarę w to, co robi. Nauczanie staje się dla niego katorgą, a nie misją, na którą się przygotował. Szkoła nie różni się niczym od korpo, gdzie robaki-biedaki siedzą w boksach i pracują na premię dla szefa. Wypłata nie ma żadnego znaczenia, jaka by nie była. Dopóki warunki pracy nauczycieli się nie zmienią, dopóty będą strajki.
I nie mam nic przeciwko temu, że nauczyciele są niezadowoleni ze swojej sytuacji. Mają prawo podnosić głos. Problem jest ze związkiem.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby Związek rzeczywiście reprezentował pedagogów. A tymczasem na czele związku stoi niejaki Stanisław Broniarz, pies opozycji poszczuty na obecną władzę, który sytuację pedagogów ma w rzyci. Dostał zadanie zrobienia jak największej rozpierduchy i do tego dążył. Dzięki niemu i dzięki Związkowi nauczyciele stracili społeczne poparcie, zamiast je zyskać. Dlaczego?
Otóż Związek chce bezwzględnej podwyżki o 1000 zł brutto. Od razu. A to nie pieniądze są problemem. Wbrew pozorom nauczyciele nie zarabiają mało. Żadne pieniądze bowiem nie zastąpią komfortu w pracy, braku stresu, spokoju, czasu wolnego z rodziną zamiast w sprawdzianach i wszystkiego tego, co sprawia, że nauczyciele mają swojej pracy czasami dość.
Nauczycielom się nie dziwię, że protestują. Ale że pozwalają się w swoim imieniu wypowiadać takiemu pajacowi, takiemu Kijowskiemu z ZNP, to nie rozumiem.

niedziela, 3 marca 2019

Polityczna łapówka

Ostatnio coraz częściej natykam się na wiadomości dotyczące prezentu od PiS-u pod postacią 500+ także na pierwsze dziecko oraz trzynastek dla emerytów i rencistów. Długo się nie wypowiadałem, ponieważ w pewnym momencie prowadzenia bloga uznałem, że:
1. Do mało kogo to dociera.
2. Są ludzie, którzy robią to, co ja, lepiej i skuteczniej niż ja.
Ale teraz to mnie telepie.
Dla każdego człowieka obdarzonego jakąkolwiek namiastką intelektu, podstawową wiedzą i cieniem świadomości oczywistym będzie to, że PiS przekupuje obywateli, rozdając im obywatelskie pieniądze. Przypominam słowa ś. p. Pani Thatcher: "Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że coś komu da, to najpierw musi komuś zabrać" (cyt. z pamięci). Bezmyślne rozdawnictwo jest dla mnie skandalem i najważniejszym powodem, dla którego polityczny twór, jak PiS, nie powinien rządzić. Zaznaczam od razu, że nie jestem platformersem. To jedno PiS-owi trzeba oddać, że choć to nasze własne pieniądze, to jednak je redystrybuuje. PO o tym nie pomyślało. To tak, jakby obywatel miał krowę. Kiedy doiło ją PO, zabierali całe mleko. PiS przynajmniej daje obywatelowi szklankę mleka i może trochę śmietany.
O pierwszej części "500+" już się kiedyś wypowiadałem, zdania nie zmieniłem. Druga część to już całkowite przegięcie.
W ogóle nie przekonują mnie takie wskaźniki, jak zadowolenie społeczne, spadek bezrobocia czy poprawa poziomu życia. To oczywiste, że jak dasz ludziom forsę, to będą się cieszyć, a kiedy staną przed wyborem - iść do pracy za 1500 zł lub dostawać 1500 zł (za trojkę dzieci) i siedzieć w domu - wiele z nich wybierze siedzenie w domu. Problem w tym, skąd pieniądze są brane i gdzie trafiają? Wielu beneficjentów się nad tym nie zastanawia, a politycy nie mówią.
Pieniądze płyną z budżetu, a więc głównie z podatków. Jest jeden pozytyw - głównym źródłem dochodu państwa jest podatek VAT, a więc kupując cokolwiek obłożone podatkiem VAT za pieniądze z 500+, część kasy oddajemy tam, skąd przyszła. I pozytywów to będzie chyba tyle.
Co do negatywów... Za pół roku skończę 29 lat, pracuję, płacę podatki. Nie mam dzieci, nie pobieram praktycznie żadnych świadczeń socjalnych, bo mi się nie należą. Ulgi przy podatku PIT też mierne - nie mam dzieci, żony jeszcze też nie. Co partia rządząca mi zaproponuje? Nawet figi z makiem. Jestem, a wraz ze mną wielu innych podobnych mnie, fundatorem tej narodowej łapówki, a nieprędko sam ją dostanę. Dziecko to nie takie hop-siup a do emerytury zostało mi całkiem sporo lat. Nie oszukujmy się - w państwie, gdzie za pracę zawodową płaci się podatki, a za pozostawanie bez pracy, robotę na czarno, życie z socjalu żadnej grzywny nie ma, płatników składek będzie ubywać, a beneficjentów netto przybywać. Z czasem (o czym beneficjenci często nie wiedzą, a politycy nie mówią) wpływy będą mniejsze, a świadczenia wyższe.
Rozwiązania proponowałbym dwa (gdybym miał jakąkolwiek moc sprawczą):
a) powiązanie 500+, zarówno na pierwsze jak i na kolejne dzieci, z pracą zawodową; przy czym wychowywanie dziecka niezdolnego do samodzielnej egzystencji uznałbym za pracę. Krótka piłka - nie pracujesz, nie dostajesz. Jeśli oboje rodziców pracuje - pełne świadczenie, jeśli jedno pracuje, a drugie zostaje w domu - połowa świadczenia. Samotne rodzicielstwo - pełne świadczenie przy pracy zawodowej, połowa przy siedzeniu w domu
b) likwidacja PIT - wtedy jakiekolwiek świadczenia wypłacane byłyby z podatków jednakowych dla wszystkich, dla pracujących i niepracujących. Nie może być tak, że Ci, co nie pracują, mają lepiej niż pracujący. Bo pewnego dnia zabraknie pracujących na to wszystko, a nie ma rzeczywistości, gdzie wszyscy siedzą na socjalu. Jeżeli zniknie z systemu sytuacja, w której płacę za świadczenie, a go nie pobieram, nie będę miał z tym problemu.
Jest jeszcze trzecia opcja. Pewnego dnia zabiorą 500+, tak jak zwiększyli podatki. Nie mówię, że to będzie PiS, PO czy jeszcze inna cholera. Po prostu, powiedzą, że nie ma na to hajsu i koniec tego dobrego. O siebie się nie martwię. Nie zamierzam się uzależniać od państwowego garnuszka. Martwię się raczej o tych, którzy ze świadczeń uczynią sobie podstawę życia. Płacz "madek" będzie słychać w całej Europie.
Dalej, emeryci. Dlaczego mają problemy finansowe? Dlaczego nikt nie mówi o prawdziwym ich podłożu? Powiedzieć: "Mają mało pieniędzy", to jak nie powiedzieć nic. Dla tych, co nie wiedzą, polski system emerytalny jest tak skonstruowany, że zakłada opiekę dzieci nad rodzicami w podeszłym wieku. Niestety, system nie założył tego, że część odchowanych, wykształconych i pracujących (a więc płacących podatki i składki) dzieci wyjebie jajca na staruszków, którzy najlepsze lata poświęcili misji reprodukcyjnej. I tu narobiła się wielka kupa, a będzie jeszcze większa. O ile odchowane dzieci większych problemów nie odczuwają, o tyle emeryci są w czarnej dupie. Nie mają dość środków, by żyć godnie, a ich najważniejszym celem z miesiąca na miesiąc jest zwyczajnie przetrwanie. Osobiście widzę kilka opcji na rozwiązanie tej kwestii:
a) ustawa nakazująca dzieciom bezpośrednią opiekę nad rodzicami - wziąć ich do domu, dać kąt, jeść i dopilnować, by w spokoju dożyli swoje życie do końca,
b) jeśli bardzo nie chcesz przyjąć rodzica do swojego wysokim kredytem spłacanego domu - alimenty; powiedzmy dość, żeby w połączeniu ze świadczeniem socjalnym rodzica starczyło na dom pomocy społecznej albo opiekunkę, rachunki, wikt itd.
Osobiście byłbym skłonny się zgodzić na takie rozwiązanie. W 75%. Mój stary, mówiąc w wielkim skrócie, nie zasłużył na przysłowiowe podanie szklanki wody na starość. Chciałbym zatem mieć możliwość uchylenia się od ustawowego obowiązku, motywując prośbę rażącym łamaniem norm społecznych przez byłego męża mojej mamy. Posiadam na  to dokumenty - wszystko jest w rozprawie rozwodowej, a zbierze się jeszcze trochę.
Jako podatnik, który prócz zwrotu z PIT-a nie otrzymuje od państwa żadnych świadczeń bezpośrednich, zaakceptowałbym zapomogę dla emerytów i rencistów pod jednym warunkiem - pracy zawodowej, chyba że stan zdrowia ją uniemożliwia. W przeciwnym razie takie rozwiązanie będzie utopieniem pieniędzy.

Ciekawostka na koniec - nauczyciele są wkurwieni. I jak raz przyznam im rację. PiS powiedział, że na podwyżki dla nauczycieli nie ma hajsu, a tymczasem wyciąga jak magik z cylindra (

Znalezione obrazy dla zapytania rzadkie zdjęcie premiera morawieckiego z rękami w swoich kieszeniach

Źródło:

https://img1.dmty.pl//uploads/201612/1482838607_1rkwnn_600.jpg

poniedziałek, 10 września 2018

Antymuzyka


Siedzę u narzeczonej na kanapie i stukam w klawiaturę. To moja pasja, odpręża mnie, rozwija intelektualnie, pochłania bez reszty i przeważnie wychodzi z niej coś dobrego, niczym z kuchni Gordona Ramsay’a. W pewnym momencie ktoś (nie wiem kto, ale zaiste niecna to kreatura) włącza radio. Wtedy całe natchnienie znika, zostaje po nim jedynie gorycz rozczarowania i zaduma nad współczesnymi tworami dźwiękowymi, którym ktoś na siłę próbuje nadać miano muzyki.
Coraz częściej nowoczesny „artysta” bierze jakiś klasyk i robi go po swojemu, licząc na to, że popularność pierwowzoru i ludzka obojętność zagwarantuje pierwsze miejsce na liście przebojów. Załamuję ręce nad niedawnym coverem „(I just) Died in your arms”, które tak pięknie wykonywało Cutting Crew, a teraz w radiowo-techniawkowo-badziewnej wersji „śpiewa” niejaki zespół Komodo. W teledysku ładna, półnaga pani i jeszcze ładniejsze, bynajmniej nie nagie, auta. Znak naszych czasów, gdzie trendy wyznacza seria „Fast and Furious” wraz z dokładkami – ładne samochody i szybkie panienki (czy jakoś tak) to must be udanej, przeznaczonej dla gawiedzi i przede wszystkim kasowej produkcji.
Dzisiaj koncert zespołu złożonego z wokalisty, gitarzysty i perkusisty, którzy naprawdę wykonują swoje utwory na scenie, jest towarem niszowym, dla koneserów wręcz. Dziś standardem bowiem jest facet z laptopem przy konsoli otoczony głośnikami wielkości Tauron Areny i stadem roznegliżowanych cheerleaderek gibających się w rytm „muzyki”. Ewentualnie prześliczna gwiazdka kręcąca zadkiem, a jej sceniczny performance przypomina formułę amerykańskiego programu „Lips Sync Battle”. Gdzie się podziały tamte chłopaki z Iron Maiden… Zmuszeni przez produkcję do grania z playbacku zaczęli na scenie wymieniać się instrumentami podczas wykonywania „Wasted years”. Gdzie Kazik Staszewski z suszarką do włosów zamiast mikrofonu…
Odnoszę wrażenie, że ludzie po prostu zgnuśnieli przez lata. Teraz o nic nie trzeba walczyć, nikt nie musi się starać, na jedzenie nie trzeba polować. Wszystko podstawione pod nos, gotowe półprodukty średniego zadowolenia. Niby nic ambitnego, ale na razie wystarczy, grunt, żeby przyszło łatwo, tanio i bezproblemowo.
Przypomina mi się, jak chłopaki z Nauki o Gównie śpiewali, że punk nie umarł, i pewnie, kurczę mieli rację. Punk nie umarł, żyje, ma się dobrze, i, jak powiadają, pewnie leży gdzieś pijany.
To ludzie powoli umierają.  

poniedziałek, 6 listopada 2017

MON vs MON

Z nieskrywanym zaciekawieniem śledzę medialną gównoburzę zapoczątkowaną przez panią minister obrony narodowej Niemiec Ursulę von der Leyen. Sprawa idzie o to, iż pani minister w pewnym talk show miała powiedzieć: "Musimy wspierać ten zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce. Naszym zadaniem jest podtrzymywanie dyskursu, spieranie się z Polską i z Węgrami. Dlatego nie uważam, że powinniśmy iść do przodu w zbyt małych grupach, lecz musimy stale próbować pociągać za sobą całą Europę" oraz: "Trzeba być świadomym tego, jaki wysiłek musieli podjąć Bałtowie, aby żyć w wolności, by stać się członkiem Unii Europejskiej, by spełnić kryteria strefy euro; jak dużo osiągnęła Polska, która z Solidarnością odgrywała rolę prekursora. Chcę kruszyć kopię o to, byśmy zbyt szybko nie rezygnowali (z krajów w Europie Środkowo-Wschodniej)" (cyt. za http://niezalezna.pl/207667-skandaliczna-wypowiedz-niemieckiej-minister-obrony-jest-reakcja-ministra-macierewicza). Użyłem akurat tego źródła, ponieważ cytaty wydały mi się najbardziej wiarygodne, i "najmniej pokolorowane". Pewnie jestem w błędzie, ale...
Minister Obrony Narodowej Polski A. Macierewicz wezwał niemieckiego attache, by ten ustosunkował się do sytuacji, bo wyszedł kwas.
Attache odpowiedział, iż słowa zostały wyrwane z kontekstu, i padły w programie rozrywkowym, gdzie polityka zagraniczna Niemiec nie jest kreowana.
Nasze ministerstwo nie jest z owej odpowiedzi zadowolone. Mniej więcej tutaj drama znajduje swój kres na chwilę obecną.
Miałem dzisiaj wątpliwą przyjemność obejrzeć kawałek programu TVN24. Na początek czysto informacyjnie, minister powiedziała, MON żąda wyjaśnień, słowa wyrwane z kontekstu... Następnie należy zasięgnąć opinii eksperta z ław sejmowych. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pani reporter o opinię poprosiła pana z PO, Halicki miał na nazwisko. Kolejnym kosmicznym zaskoczeniem okazały się jego słowa, ponieważ zaczął chwalić MON, Macierewicza oraz PiS za twardą postawę i... żartowałem. Naturalnie pan Halicki twierdził, jakoby nie ma po co bić pianę, a ministrowie Waszczykowski i Macierewicz nie kryją radości, gdyż mogę po raz kolejny ruszyć na wojenkę z Niemcami, i walczyć nie wiadomo o co. Zamiast tego powinni zająć się sprawą zaginionych śmigłowców i tak dalej.
Jak powiedział mądry człowiek: "Z gówna bicza nie ukręcisz". Na tym poprzestanę.
Moje zdanie jest takie:
1. Minister Obrony Narodowej Niemiec nie powinna takich słów wypowiedzieć, bowiem będąc na świeczniku, musi mieć świadomość, że każdy jej ruch i każde słowo podlega weryfikacji. Chcąc pokusić się o takie lub podobne stwierdzenia, trzeba mieć giętki rozum i język, bo można chlapnąć jak kaczka na mokrym asfalcie, a kupa gotowa okazać się trudna do sprzątnięcia.
2. Nie do końca rozumiem, o co polski MON podnosi taki krzyk. Nie jestem też jednoznacznie pewien, co znaczy: "Zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce". Kiepski byłem w szkole z "Co autor miał na myśli". Osobiście uważam, iż pani minister ma trochę racji - dyskurs jest potrzebny, bowiem jeśli jedna strona będzie bezkrytycznie godzić się na cudze warunki, to ktoś będzie stratny.
3. Zakładam, iż nasz Minister Obrony Narodowej odczytał słowa swojej vice-versa jako atak na polski rząd. Ja takiego ataku w owych słowach nie widzę. Pani minister ma widocznie swoją własną wizję zjednoczonej Europy, która idąc ramię w ramię, brnie ku lepszej przyszłości. W jednej chwili chcą spierać się z nami i Węgrami, by nakłonić nasze narody do zmiany stanowisk, a w drugiej chwili będą głosować nad sankcjami dla nas. Paranoja, ale to temat na osobny post.
4. A. Macierewicz zachował się nieco paranoicznie. Wystarczyło spytać, co ma na myśli.
5. Tłumaczenie o wyrwaniu z kontekstu słów padających w talk show jest debilne i niegodne wysokiego państwowego urzędnika. Wystarczyło powiedzieć: "Pani minister nie miała na myśli ruchów antyrządowych, tylko (tu wstawić jakieś sensowne tłumaczenie pełne szacunku dla Polaków i poszanowania wzajemnych relacji). Równie dobrze A. Macierewicz mógłby powiedzieć u Kuby Wojewódzkiego, że Niemkom przyda się trochę seksu, nawet jeśli to gwałt, bo są tak brzydkie, że nikt ich nie chce ruszyć. Stąd hasła: "Refugess welcome". Zaś na oburzenie zachodnich sąsiadów odpowiedzielibyśmy: "Przejęzyczenie". (Brak odniesień do słów Owsiaka skierowanych do prof. Pawłowicz).
6. Niezależna.pl pisze o skandalicznych słowach niemieckiej pani minister. To jedno słowo "skandaliczne" każe mi obrać określony światopogląd i nim się posługiwać. Ale jako świadomy czytelnik - odmawiam.
7. naTemat pokusiło się o kilka słów tłumaczeń w imieniu MON Niemiec: "Chodziło o to, by Niemcy nie odpuszczali krajów Europy Środkowo-Wschodniej, prawdopodobnie ze względu na odmienny kurs polityczny po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach". Cieszymy się, że portal Lisa służy nam, ignorantom, radą i wsparciem merytorycznym. Bez nich nie jesteśmy w stanie rozkminić najprostszej rzeczy. (Cyt. za http://natemat.pl/221975,jest-reakcja-macierewicza-szef-mon-wzywa-attache-obrony-niemiec-ws-wypowiedzi-urssuli-von-der-leyen).
By chociaż cokolwiek zrozumieć, zaprezentuję moją ulubioną formę analizy czyli odwróconą sytuację. Przypuśćmy, że to Antoni Macierewicz powiedziałby: "Trzeba wspierać demokratyczne ruchy młodzieży myślące inaczej niż ich rządy" w odniesieniu do Federacji Niemieckiej. Co wtedy? Media rządowe: "Dobrze gada! Dać mu wódki!".
Media antyrządowe: "Macierewicza popierdoliło".
Gasimy światło.
Na koniec ciekawostka: z trudem dogrzebałem się do obiektywnych informacji, jeżeli można tak je nazwać. Pewności nie mam. Dlaczego? Otóż po wpisaniu w okienko wyszukiwarki słów: "Słowa niemieckiej minister obrony" pierwsze odnośniki wysyłały mnie kolejno na strony TVN24, warszawska.gazeta.pl, naTemat.pl i niezalezna.pl. Pierwsze trzy są antyrządowe i wiem, co w nich przeczytam. Ostatnie natomiast źródło jest antyopozycyjne, tudzież prorządowe, i też wiem, co przeczytam. Mnie zastanawia, co się stało z mediami? Czy w żadnym nie można normalnie dowiedzieć się, co miało miejsce na świecie? Czy każdy news musi w jakikolwiek sposób ukierunkowywać mnie politycznie? Gdzie jest granica między informacjami a propagandą?